Anatomia polskiej porażki turniejowej. Jak nie budować oblężonej twierdzy

Spór na linii selekcjoner i dziennikarze? Nowe, nie znałem. Przecież w tym już od lat regularnie jesteśmy w mistrzostwach świata. Piłkarze rzucali do przedstawicieli mediów, że są kapusiami, trenerzy w biografiach i publicznie zarzucali otoczeniu złą wolę, w trakcie mundialu na konferencję wysyłano kucharza. Oto polska recepta na turniejową klęskę i długi smród po niej – tłumaczy Michał Zachodny, komentator Viaplay.

Polska awansowała na mistrzostwa świata, Czesław Michniewicz przyszedł na konferencję pomeczową i wygrał kolejne spotkanie. Sposób w jaki tłumaczył swoje decyzje i wybory taktyczne, personalne sprzed meczu ze Szwecją, jak i w jego trakcie tylko dodał rangi wyjątkowości temu wydarzeniu. O kibicu reprezentacji mówi się wiele, raczej jego poziom rozumienia gry nie jest ogólnie uważany za wysoki, ale jeśli ma ktoś to zmienić, to właśnie selekcjoner. Taka otwartość w przedstawianiu planów i umiejętność przekazania tego odbiorcy, by mógł zobrazować sobie pewne zależności między np. Krystianem Bielikiem a dwójką środkowych obrońców, czy Sebastianem Szymańskim i Mattym Cashem…

Kibic chce wiedzieć więcej. Zajrzeć za kulisy. Dowiedzieć się, co myślą trener i jego piłkarze. Wiedzieć, jak zagra zespół w najbliższym meczu lub nad czym pracuje. Chce mieć przekonanie, że sztab wie, co robi. Tu jest ogromny, ale niewykorzystany potencjał. 

Paulo Sousa dużo o tym mówił, jednak sam, krok po kroku, budował oblężoną twierdzę. Nie robił tego w stylu Leo Beenhakkera, ale powód miał ten sam – zmiana władzy w Polskim Związku Piłki Nożnej i (wzajemny?) brak całkowitego zaufania w kluczowej relacji. To Portugalczyk zaczął budować mur, którym oddzielił siebie od ważnego otoczenia, potem jeszcze dokonywał niezrozumiałych wyborów, aż uciekł całkowicie od odpowiedzialności za zespół. Może to więc nie tylko cecha polskich trenerów?

Zwłaszcza, że Beenhakker uderzał jeszcze mocniej. Jego konflikt z Antonim Piechniczkiem po mistrzostwach Europy w 2008 roku stał się wówczas ważniejszy od samych eliminacji mundialu, co oczywiście przełożyło się na problemy zespołu. Holender chciał nawet, by tłumaczono mu, co ówczesny wiceprezes PZPN ma do powiedzenia na jego temat, aż doszło do zwolnienia po porażce 0:3 ze Słowenią w Mariborze. To nie tak, że Beenhakker był jedynym ze swoją twierdzą, bo jego związkowa opozycja również tworzyła narrację przekonań o właściwym sposobie pracy, selekcji i gry, który przecież przyniósł reprezentacji piękne chwile w latach 70. i 80.

A przecież wtedy nie było inaczej. Kazimierz Górski po remisie z Kubą (1:1) w igrzyskach olimpijskich w Montrealu kpił z zawodników, że zachowywali się jak „profesorowie futbolu”, co w sposób zdecydowany oddaliło go od drużyny. Polacy mundial w 1978 kończyli w czołowej ósemce drużyn na świecie, a Jacek Gmoch pouczał piłkarzy, że najważniejszą przeszkodą była ich zaściankowa mentalność. Osiem lat później w Meksyku oblężona twierdza była faktem, bo w takiej zorganizowano bazę reprezentacji: pełnej betonu, upału i słońca, braku okazji do oderwania się od presji wielkiego turnieju. A Antoni Piechniczek także zaczął funkcjonować jakby obok zespołu. Gdy po raz drugi przejął kadrę w następnej dekadzie, to od wojny z mediami zaczął i na niej skończył.

Najwięcej o tej składowej anatomii polskiej klęski turniejowej mówi skrajność dwóch mistrzostw w których reprezentację prowadził Adam Nawałka. Przed Euro 2016 czuło się tak pozytywną energię płynącą przede wszystkim z samej drużyny, że przekładało się to na wszystkich wokół. Sama baza w La Baule była najbardziej otwartą na dziennikarzy i gości pewnie spośród wszystkich reprezentacji biorących udział w turnieju. Może na uboczu Euro, ale z unikalną atmosferą, która przekładała się na zespół, sposób w jaki go określano. A przecież Nawałka jako trener był taki sam, jak dwa lata później: trzymający wszystkie karty blisko siebie, rzucający ogólnikami i pustymi frazesami na konferencjach.

Jednak w mistrzostwach świata było już inaczej. Może to efekt „przesilenia” do jakiego doszło jeszcze jesienią 2016 roku w samej kadrze, może zbyt wielu zmian wbrew woli piłkarzy po eliminacjach i w efekcie porażki 0:4 z Danią w Kopenhadze. A plan Nawałki był taki sam: zgrupowanie w Juracie, zgrupowanie w Arłamowie. Tylko nic nie było takie samo. Treningi nad morzem miały okazać się zbyt ciężkie, a w Bieszczadach rywalizacja o miejsca w składzie na mundial zbyt ostra i kosztowna w kontekście zespołu. W Soczi piłkarze zamieszkali w „szklanej wieży” przy samej plaży, ale też nie mieli oddechu od siebie. Aż doszło do porażek i brzydkiego zakończenia pomimo wygranej z Japonią w Wołgogradzie (1:0). Przecież czym jest „niski pressing”, jak nie właśnie boiskową wersją oblężonej twierdzy?

Meksyk, Korea Południowa, Niemcy, Austria, Rosja… Wszędzie, gdzie Polacy jeździli na wielkie turnieje, tam budowali oblężoną twierdzę. Mniejszą czy większą, wewnątrz drużyny, sztabu czy wokół reprezentacji… Nieważne. Zwykle zaczynało się od trenerów: ich zirytowania bezpodstawną krytyką lub odbiorem decyzji i planów. Wielu selekcjonerów odbierało to na zasadzie: „wy nie rozumiecie”, „wy nie wiecie”. Jednak wreszcie jest na tym stanowisku osoba, która potrafi to wytłumaczyć, przedstawić to w sposób angażujący oraz rozwijający odbiorcę. Z tej umiejętności Czesława Michniewicza mogą skorzystać wszyscy, nie tylko piłkarze.

Tym bardziej zastanawiają – w zasadzie można tu wstawić dowolną, własną emocję – reakcje selekcjonera. Ostatnie dwa miesiące to był dla niego cholernie trudny czas, bo Michniewicz rzucił się na projekt swojego życia i zrobił to tak, jak tego po nim oczekiwano: do bólu fachowo. Odbiorców zasypywał informacjami o rywalu, ale przekaz do zespołu był bardziej konkretny, punktowy i przede wszystkim skuteczny.

Nie bójmy się powiedzieć tego, że sceny po ostatnim gwizdku były piękne. Radość po awansie do Euro 2016 uznano za przesadzoną, minuty po wygranej z Czarnogórą, która przypieczętowała przepustkę do MŚ 2018 przykryła irytacja Roberta Lewandowskiego na zespół. W Chorzowie było wszystko: kapitan mówił, że strzelając rzut karny czuł wyjątkowość momentu w całej swojej piłkarskiej karierze, Kamil Glik jakimś cudem jeszcze stał na nogach, starsi tańczyli z młodymi, Matty Cash poczuł się jak w domu. W tym wszystkim jednak jeszcze bardziej wzruszające było zachowanie Michniewicza, który najpierw padł na murawę, a potem wzruszony patrzył na celebracje nieco z boku. On pomógł tej generacji piłkarzy osiągnąć coś, czego nie zrobiła ta największa, którą ciągle im przypominano. Byli niespełnieni, to teraz mają coś unikalnego. 2016, 2018, 2021 i 2022 – sześć lat, cztery wielkie turnieje z rzędu. To wspaniały czas, by być i piłkarzem, i kibicem reprezentacji.

Szkoda więc marnować tej skumulowanej energii na wyrównywanie rachunków. Szkoda na stawianie fundamentów pod to, czym ta kadra nie jest. A na pewno nie jest kandydatką do posiadania wizerunku zamkniętej, obrażonej, nieufnej, podzielonej. Na pewno nie jest twierdzą w tej chwili, wręcz przeciwnie, ale na nieco ponad pół roku przed mundialem już kilka zdań selekcjonera jest niepokojącym sygnałem. Dokładnie tak, jak było to w przypadku Jerzego Brzęczka, gdy rzucono hasło o budowaniu czegoś nowego, a skończyło się jak zwykle, choć także niego inaczej: bo sami piłkarze przestali rozumieć, o co w zamkniętej postawie chodzi i na co ona komu?

Może z boku również trudno wyobrazić sobie skrajne emocje, które targały w tamtej chwili Michniewiczem, ale tak, jak w kwestiach taktycznych czy selekcji, można mieć wobec selekcjonera pewne oczekiwania, gdy będzie chciał przekazać coś swoim oponentom: że będzie mądrzejszy. Niech każdy ma swoją rację, niech stoi na swoim stanowisku, ale jeśli jest problem z normalnymi pytaniami i normalną rozmową w chwili wielkiej radości, to co będzie w chwili wielkiej próby? To znaczy jako polska piłka już wiemy, ale czy chcemy powtórki z rozrywki?

Dekadami można było zauważyć, że jedyne co udawało się zbudować polskim trenerom, to – nawet pomimo pierwszych sukcesów – właśnie oblężona twierdza. Nie jesteśmy mistrzami długoterminowego planowania, szkicowania drogi do sukcesu i trzymania się tego kierunku. Jednak przed mundialem w Katarze zostało jeszcze kilka miesięcy, by wyciągnąć najważniejszy wniosek: nie ma żadnego sensu tworzyć bariery, wrażenia, że reprezentacja Polski żyje swoim światem. Z tego nauczkę już znamy: po trzech meczach z tej twierdzy nie zostawał kamień na kamieniu.

Udostępnij

Translate »