wstecz

Harry Kane – słoneczko angielskich mediów, którego nie trawią kibice

Harry Kane jest prawdopodobnie najlepszym napastnikiem wyprodukowanym przez angielski futbol od czasów Alana Shearera. I choć konkurencję ma znakomitą, poziom i liczby, jakie w swojej dotychczasowej karierze osiągnął wychowanek Tottenhamu sprawiają, że to nawet nie jest kontrowersyjna opinia. Dlaczego więc dużej części angielskich kibiców, wbrew tytułom gazet, robi się niedobrze na jego widok?

Zacznijmy od analogii, która zobrazuje mentalność brytyjskiego środowiska piłkarskiego. 1998 rok, mecz Newcastle z Leicester. Przy linii bocznej boiska ścierają się Alan Shearer i Neil Lennon. W krzątaninie upada drugi z nich, a Shearer w impecie kopie rywala w głowę. Sędzia nie wyciąga kartki, Anglik krzyczy coś do leżącego Lennona, sprawa rozchodzi się po kościach. Ale wszyscy przed ekranami widzieli zajście. Łącznie z komisją dyscyplinarną.

Mimo to, większość oczu pozostało przymkniętych. Mowa bowiem o kapitanie reprezentacji Anglii, Alanie Shearerze. Wydana rok później książka „Sweet FA” Grahama Kelly’ego ujawniła, że napastnikowi groziło kilka meczów zawieszenia, jednak błyskawicznie odbił piłeczkę i zagroził, że porzuci reprezentację i wyjedzie grać w innej lidze, jeśli zarzuty nie zostaną wycofane. Pies zamerdał ogonem.

Nowy Alan Shearer pełną gębą

Harry Kane nie przywołuje wspomnień o swoim starszym koledze wyłącznie za sprawą swoich liczb i bitych rekordów. Nie bez przyczyny stale porównuje się tę dwójkę. Obaj strzelali na zawołanie, obaj nosili angielską opaskę i obaj na potwierdzenie swojej jakości mają zaledwie jedno trofeum – choć mistrzostwo Shearera z Blackburn waży nieco więcej od Audi Cup Kane’a.

 

To o czym w mediach mówi się znacznie mniej, to jak bardzo obu panom do głowy uderzył immunitet kapitana reprezentacji. Konsekwentnie, kumulując kolejne PR-owe strzały we własne kolano, Harry Kane udowadnia, że są równi i równiejsi.

Pierwszy jego popis był jeszcze kilka miesięcy przed przejęciem opaski od Jordana Hendersona. W kwietniu 2018 roku, kilka tygodni przed spuentowaniem sezonu i mundialem w Rosji, na Bet365 Stadium mierzyły się ekipy Stoke City i Tottenhamu. W okolicach 60 minuty piłkę z rzutu wolnego uderzył Christian Eriksen, zaskakując Jacka Butlanda i wyprowadzając Spurs na prowadzenie.

– Przysięgam na życie mojej córki, że to ja strzeliłem tego gola – mówił po meczu Kane. Anglikowi wówczas pozostawał aż 4 bramki za Mohammedem Salahem w wyścigu o Złotego Buta. Tottenham złożył apelację, by ponownie rozpatrzyć przyznanie bramki. Żadna z powtórek nie wskazywała na kontakt Kane’a z futbolówką, ale na szali było życie jego dziecka. Nieszczególnie zaskakująco, gol przypisano Kane’owi.

 

Kolejny wybryk angielskiego kapitana dotyczy tzw. „krzesełek”, które, niezbyt chlubnie, stały się jego znakiem firmowym. Krzesełko to w żargonie faul, polegający na schyleniu się i odwróceniu plecami podczas walki w powietrzu o główkę.

Takie posunięcie jest niezwykle niebezpieczne dla przeciwnika, który z dużej wysokości niekontrolowanie spada na ziemię. W Lidze Futbolu Australijskiego, w której uprawia się jeden z najbardziej niebezpiecznych sportów drużynowych świata, za takie zagranie w większości przypadków rozdaje się zawieszenia. W hokeju, rugby czy koszykówce krzesełka są niedopuszczalne.

Kane robił to notorycznie, a czasem, samemu udając poszkodowanego, udawało mu się dostać za to rzut wolny (a nawet rzut karny). Chris Wheatly, jeden z dziennikarzy zajmujących się Arsenalem, wytknął na Twitterze krzesełko Kane’a, po którym mógł ucierpieć Gabriel Magalhães.

– Jak to możliwe, że wciąż uchodzi mu to na sucho? – pytał retorycznie Wheatley. Internauci błyskawicznie przeczesali kilka poprzednich meczów Kane’a, składając całą kompilację krzesełek. Ponownie niezbyt zaskakująco – nic z tym nigdy oficjalnie nie zrobiono.

 

Kolejny sezon, kolejne historie

Minionego lata, Harry Kane osiągnął apogeum. Zainspirowany namowami wielkich piłkarzy (np. Zlatana Ibrahimovicia), sfrustrowany kolejnym przegranym finałem i świadomy upływającego czasu, postanowił zmienić barwy klubowe. Sam w 2017 roku mówił, że jeśli w przeciągu kilku sezonów nie podniesie w Tottenhamie żadnego trofeum, przyzna się do porażki. Dał się więc skusić wizji sukcesów pod skrzydłami Pepa Guardioli.

I tutaj warto podkreślić, że prawie wszystkie warunki miał po swojej stronie. Kibice rozumieli, a nawet do pewnego stopnia popierali jego decyzję – stał w obliczu sytuacji, w której mógł opuścić Londyn z podniesioną głową, nie paląc mostów.

O tym co zrobił później, wystarczy opowiedzieć pokazując zmianę stosunku kibiców Spurs do właściciela klubu, Daniela Levy’ego. Na początku okna trybuny stały do niego okoniem, dawno już godząc się z utratą Kane’a. Tymczasem Anglik, kłamiąc mediom w żywe oczy, pokłócił się ze wszystkimi w klubie, w dziecinny sposób próbując obniżyć swoją cenę rynkową.

Levy pozostał nieugięty, czym zjednał sobie kibiców. Manchester City zapłaci kwotę X, albo zostajesz w klubie – Kane nie miał w tej walce żadnej karty przetargowej, szczególnie mając jeszcze 3 lata ważnego kontraktu.

Co więc postanowił zrobić? Uciec. A raczej – w ogóle nie wrócić do treningów po wakacjach. Omijając 2 pierwsze mecze, stał się pośmiewiskiem trybun w całym kraju. „Gdzie jest ku*wa Kane?” – pytali kibice Wolves i Chelsea, a trybuny na Villa Park śpiewały, że “powininen był spie*dalać z Grealishem”.

Kane wrócił, bo przecież jest profesjonalistą. – Chciałbym jasno zadeklarować, że nigdy nie odmówiłbym udziału w treningu – słowa syna marnotrawnego brzmiały niemal tak samo absurdalnie, jak kiedy niecałe 2 lata wcześniej twardo zadeklarował, że nigdy w swojej karierze nie „nurkował”.

 

– Jak to jest, że kiedy Harry Kane nie zjawia się na treningu, nazywamy go świętym, a Paul Pogba nigdy nawet nie powiedział, że chce odejść, a media się nad nim znęcają – naiwnie na antenie Sky Sports pytał Micah Richards. Patrzył w oczy Greame’owi Sounessowi i Gary’emu Neville’owi, który chwilę wcześniej nazwał Kane’a „aniołem” i „profesjonalistą”.

Po powrocie z przedłużonych wakacji, napastnik podziękował kibicom za ciepłe przyjęcie, zadeklarował chęć pozostania w klubie i na wszelki wypadek poprosił Levy’ego o podwojenie pensji. Potem usunął się w cień i, jak można już zgadnąć, nie poniósł dalszych konsekwencji.

Zabawa trwa dalej

Kane obecnie rozgrywa dramatyczny jak na swoje standardy sezon, w Premier League notując zaledwie 4 trafienia. Zrobiło się o nim głośniej dopiero, kiedy w meczu z Liverpoolem bandycko sfaulował Andy’ego Robertsona.

Sędzia wyciągnął żółtą kartkę, wtórowali mu komentatorzy i eksperci, którzy przyznali, że „gdyby Robertson nie podskoczył, skończyłoby się gorzej dla Kane’a”. A sam Kane? W wywiadzie pomeczowym powiedział, że wydawało mu się, że trafił w piłkę i faulu nie było. Po czym zapomniał o sprawie, bo kapitan reprezentacji Anglii jest przyzwyczajony do zamiatania problemów pod dywan.

Fot. Wiki Commons

autor rafał hydzik

Udostępnij

Translate »