wstecz

Kryzys bezpieczeństwa na stadionach

Field invasion, bo tak nazywają to Amerykanie, jest nieodłączną częścią sportu. Kibice od wielu lat wbiegają na boiska podczas wydarzeń sportowych i wstrzymują tym samym ich przebieg. Oczywiście nie można tu winić obsługi stadionów – kilkudziesięciu osobom nie da się przecież przypilnować kilkutysięcznego tłumu. Jednak to, jak często ostatnio się to dzieje, zmusza do refleksji i zastanowienia się nad nowymi środkami bezpieczeństwa.

Najczęściej pojedynczy kibice wbiegając na boisko szukają atencji albo próbują nagłośnić jakąś akcję społeczną. Taka sytuacja zazwyczaj kończy się po kilku minutach a nieproszony gość zostaje ukarany grzywną oraz zakazem stadionowym i o całej sytuacji dość szybko się zapomina. Inaczej jest jednak gdy na boisko szturmuje cały tłum kibiców. Takie sytuacje są szczególnie niebezpieczne i łatwo w nich o tragedię. Niestety w ostatnich miesiącach takich zdarzeń jest coraz więcej.

Na zachodzie sobie… nie poradzili

No właśnie, jeszcze kilka lat temu mieliśmy przeświadczenie o tym, że czasy chuligaństwa w piłce nożnej już dawno przeminęły, szczególnie w krajach na zachód od Polski. Okazuje się jednak, że wcale tak nie jest, a sytuacja stale się pogarsza.

Dobrym przykładem imprezy sportowej, która zakończyła się chaosem jest mecz Premier League sprzed dwóch tygodni. Mowa tutaj o spotkaniu Everton – Crystal Palace. Gospodarze walczyli o utrzymanie, a do przerwy przegrywali 0:2. Zdominowali jednak drugą połowę spotkania i w 85 minucie na prowadzenie wyprowadził ich Richarlison. Goodison Park w tym momencie eksplodowało i na boisku pojawili się sympatycy drużyny Franka Lamparda. Część kibiców, zamiast cieszyć się razem ze swoimi ulubieńcami, skupiłoa się bardziej na prowokowaniu rywali, w tym trenera gości – Patricka Vieiry. Francuz w pewnym momencie nie wytrzymał ciśnienia i po usłyszeniu wiązanki obelg zdecydował się wymierzyć kopnięcie w kibica. Na szczęście w całym tym zamieszaniu nikomu nic się nie stało. Pomimo dyskusji na temat zachowania menedżera, nie został on w żaden sposób ukarany. Trzeba jednak pamiętać, że gdyby któryś z kibiców obecnych przy Vieirze okazał się bardziej narwany, to cała sytuacja mogłaby mieć o wiele gorszy finisz.

Krajem, który kompletnie nie radzi sobie z ochroną i organizacją sportowych przedsięwzięć jest Francja. Od dłuższego czasu nie mogą oni zapanować nad sytuacją na stadionach podczas meczów piłkarskich a widok przerywanego spotkania jest tam na porządku dziennym. Dobitnie nieudolność francuskich służb pokazał tegoroczny finał Ligi Mistrzów. Co prawda w tym przykładzie nie ma mowy o inwazji na murawę, lecz na samą arenę. Mecz był opóźniony o ponad pół godziny w związku z zamieszaniem podczas wpuszczania kibiców na Stade de France oraz osobami wbiegającymi na stadion bez biletów. Osoby odpowiedzialne za ochronę imprezy w pewnym momencie traktowały kibiców czekających na wejście gazem łzawiącym, warto zaznaczyć, że wśród Bogu ducha winnym osobom były też dzieci czy kobiety w ciąży takie jak żona brata piłkarza Liverpoolu, Matipa. Cała otoczka tej sytuacji była skandaliczna i wywołała falę (uzasadnionego) hejtu na UEFA.

Francuzi nie mają problemów jedynie z zabezpieczeniem dużej imprezy. Podczas meczu barażowego o grę w Ligue 1 rozgrywanego pomiędzy Saint-Étienne i AJ Auxerre kibice gospodarzy byli na tyle wściekli, że postanowili wejść na murawę i zdemolować wszystko co spotkają na swojej drodze, próbowali oni nawet wziąć szturmem szatnie i prawdopodobnie samemu wymierzyć karę dla piłkarzy swojej ulubionej drużyny, w których już na początku rzucali racami. Gdyby nie szybka ucieczka zawodników do bezpiecznej strefy z pewnością mogłoby tu dojść do tragedii, bo cała sytuacja wyglądała przerażająco.

Jednak zdarzają się też pozytywne obrazki, takie jak, chociażby w Gelsenkirchen. Po spadku z Bundesligi Schalke 04 chciało za wszelką cenę niezwłocznie wrócić do najwyższej klasy rozgrywkowej. Tak też się stało, gdy pokonali oni FC St. Pauli i zagwarantowali sobie grę w krajowej elicie. Fani Die Knappen nie byli tak nachalni jak ci z Evertonu i na boisku zameldowali się „dopiero” po końcowym gwizdu arbitra. Trzeba przyznać, że cała sytuacja dzięki swojej otoczce miała zupełnie inny wydźwięk niż te, które wymieniłem wcześniej i raczej zarząd klubu nie ma za złe kibicom nawet zrabowanych części murawy, które niektórzy fanatycy postanowili zabrać ze sobą na pamiątkę.

W Polsce w ostatnim czasie również mieliśmy kibiców wbiegających na murawę. Sytuacja była podobna do tej u naszych zachodnich sąsiadów, jednak oczywiście wszystko miało znacznie mniejszą skalę. Mowa tutaj o sympatykach Korony Kielce, którzy w taki sposób świętowali powrót swojej ukochanej drużyny do Ekstraklasy po tym jak w barażach pokonali ekipę Chrobrego Głogów. Tutaj jednak również cała sytuacja obyła się bez przykrych wydarzeń. Podobnie do Kielczan na boisku po awansie swojej drużyny pojawili się również kibice Widzewa Łódź.

Sposób na manifestowanie poglądów?

Jest to kolejny powód, dla którego niektóre osoby decydują się na przerwanie widowiska. W poszukiwaniu takiego przykładu możemy znowu wrócić na Goodsion Park. Podczas meczu lokalnego Evertonu z Newcastle na boisku pojawił się 21-letni Louis McKechnie. Nie miał on jednak zamiaru zrobić nikomu krzywdy. Po wtargnięciu na plac gry przypiął się opaską zaciskową do słupka co było bardzo problematyczne dla stewardów, a cała sytuacja wywołała spore zamieszanie, o które chodziło jego głównemu bohaterowi. Szczególnie uwagę przykuła jego koszulka, na której widniał napis „Just Stop Oil” oraz link do strony internetowej. Just Stop Oil to nazwa ugrupowania, które walczy ze zmianami klimatycznymi. Ich głównym postulatem jest zmuszenie rządu brytyjskiego do zaprzestania udzielania nowych koncesji na wydobycie paliw kopalnych.

W Anglii rok temu protestowali również miłośnicy Manchesteru United. Przed meczem z Liverpoolem 2 maja 2021 roku sympatycy Czerwonych Diabłów pojawili się na boisku w geście sprzeciwu wobec rodziny Glazerów, czyli aktualnych właścicieli klubu. Kibice swoim strajkiem wyrażali niezadowolenie wobec tego jak klub jest zarządzany i sugerowali, że właściciele traktują drużynę jedynie jako maszynkę do zarabiania pieniędzy. Cała sytuacja była oczywiście częścią akcji pt. „Glazers out”.

Kibice na murawie to już od dłuższego czasu znajomy widok na piłkarskich boiskach, jednak podczas ostatnich miesięcy zdarza się to nad wyraz często i zaczyna budzić pewnego rodzaju obawę przed tym, że podczas wtargnięć na płytę stadionu dojdzie do tragedii. Jest to też zagwozdka dla organizatorów spotkań, ponieważ rozwiązanie tego problemu wcale nie jest łatwe. Nawet zwiększenie liczby stewardów nie wydaje się odpowiednim rozwiązaniem, mówimy tu przecież o przypilnowaniu kilkunastotysięcznych tłumów. Na myśl przychodzi tu idea zaostrzenia kar za przerwanie widowiska, jednak i ta metoda ma swoje wady. Niesamowicie ciężko byłoby dla służb zidentyfikować tak dużą liczbę osób. Warto zwrócić uwagę na to zjawisko i zastanowić się, czy taki wyraz sportowych emocji jest bezpieczny i czy nie działa on na szkodę europejskiej piłce.

Fot. Twitter

autor patryk smyk
Piłka nożna

Udostępnij

Translate »