Kto wygra siatkarskie mistrzostwa świata?

Elektryzujący turniej mistrzostw świata w Polsce i Słowenii oczekuje na ostatni, najważniejszy akord. Pożegnaliśmy już wielkie ekipy, jak reprezentacje USA oraz Francji i po historycznych bojach w grze o puchar została tylko najlepsza czwórka. Czym charakteryzują się ekipy półfinalistów turnieju?

Reprezentacja Polski po raz trzeci?

Broniący tytułu mistrzostw świata Polacy mają ogromną szansę pójść śladami Włochów z lat 90. oraz Brazylii z początku wieku i trzy razy z rzędu zdobyć tytuł mistrzów świata. Po wyeliminowaniu kadry USA i odpadnięciu Francji, typowanych na najgroźniejszych naszych rywali, staliśmy się pewnym faworytem. Ćwierćfinał ze Stanami Zjednoczonymi wejdzie do kanonu polskiej siatkówki. Jego emocjonujący scenariusz da się na długo zapamiętać fanom dyscypliny. 

Nie ma jednak co się oszukiwać – to Polska sama sobie wydłużyła ten mecz i własnymi błędami napędziła rywala. Brakowało odpowiedniej postawy na bloku oraz zagrywki. Serwis wrócił w najlepszym możliwym momencie, czyli na tie-breaka – 3 asy znacznie ułatwiły nam zadanie. W przegranych setach – trzecim i czwartym – mieliśmy tylko jeden punkt zdobyty bezpośrednio po zagrywce. Tak naprawdę dopiero w ostatnim secie zagrywka zaczęła robić różnicę, gdyż nawet przy przegranych przez USA pierwszych dwóch partiach, ci przyjęcie utrzymywali na odpowiednim poziomie. 18 punktów zdobytych przez środkowego zawsze robi wrażenie, a w tym meczu Jakub Kochanowski mógł pochwalić się tak znakomitym rezultatem. Wobec fenomenalnej postawy Aleksandra Śliwki i Bartosza Kurka trudno jednak spośród tej trójki wybrać ojca sukcesu Polski w tym meczu. Mówi się, że zawsze musi przyjść jeden słabszy mecz w takim turnieju. Wydaje się jednak, że nasi reprezentanci rozbijają to na gorsze dni poszczególnych reprezentantów. Tym razem taki miał Kamil Semeniuk, który jednak i tak wrócił na ostatnią partię i mocno przyczynił się do przechylenia szali na naszą korzyść. W Spodku potrzebna będzie większa pomoc naszych rozgrywających, którzy momentami byli za bardzo czytelni w meczu z Amerykanami.

 
To nie ta sama Brazylia

Brazylijczycy polegają głównie na niezastąpionym i nie do zatrzymania na tym turnieju Lealu. Jego siła i zasięg w połączeniu z umiejętnościami technicznymi wprowadzają spokój w trudnych momentach. Lucarelli od początku nie dawał tego, do czego zdążył przyzwyczaić, ale jego poziom jest nadal wysoki i chwilami również potrafi natchnąć swój team. Wallace jest strasznie nierówny, lecz jego doświadczenie pomaga w kluczowych momentach. Mimo niskiej skuteczności trudno wymagać od niego więcej, skoro musiał być ściągany z wakacji, bo nie ma w jego kraju nikogo lepszego na tę pozycję. W trudnych sytuacjach, gdy rywale na bloku odczytują zamiary Fernando, do gry wkracza kapitan Bruno i zmienia koncepcję rozegrania. Z Lucasem na środku rozumieją się bez słów i trudno znaleźć antidotum na szybkie wrzutki do niego. Co istotne Brazylia pod względem czysto siatkarskim wcale nie była faworytem w ćwierćfinale z Argentyną. Zdecydowały jednak indywidualności, które lepsze posiadają w swym składzie Canarinhos i nieoczywista postawa De Cecco. O ile w 1/8 finału z Serbią nie były dla niego problemem szybkie i dokładne wystawy nawet po przyjęciu na czwarty, piąty metr, tak już w ostatnim meczu często wpychał swoich skrzydłowych w siatkę, co sprawiło, że Brazylijczycy często wybraniali ataki Albicelestes. 

Po Brazylii możemy spodziewać się, że nawet gdy nie będą dobrze przyjmować zagrywek, to wcale nie będzie to oznaczało łatwo wygranych punktów. Kluczowa będzie gra w obronie i ponawianie akcji, czyli coś, co w pierwszych setach i w tie-breaku z Amerykanami wychodziło nam fantastycznie. 

Trudni do rozszyfrowania Włosi

Włosi swój wielki bój z Francją wygrali tym, że przestali popełniać błędy w polu serwisowym i ruszali zagrywką każdego z przyjmujących, nawet libero Grebennikova. Przedtem mecz miał różne oblicza, ale zawsze na wysokości zadania stawał Romano stając się liderem włoskiej ekipy. Ogólnie przez cały turniej podopieczni De Giorgiego charakteryzują się świetną postawą w ataku na obu skrzydłach. Również blok robi różnice w kluczowych momentach. W turnieju pozostały jednak ekipy, które na środku siatki mają olbrzymią jakość i trudno będzie w tym elemencie zrobić różnicę. Na pewno taką dla Włochów w starciu ze współgospodarzami turnieju stanowić będzie Gianelli. W porównaniu z którymkolwiek rozgrywającym Słowenii jest to prawdziwy gigant i jeden z trójki najlepszych rozgrywających na świecie. Na pewno w ewentualnym starciu z biało-czerwonymi w niedzielę strasznie trudno będzie rozszyfrować jego grę. W sobotnim półfinale kluczowa będzie jednak ponownie zagrywka. Dopóki Włosi będą popełniać w niej błędy, dopóty będzie im trudno odskoczyć Słoweńcom. Gdy zaczną już trafiać, to prawdopodobnie oddalony od siatki Ropret lub Vincic nie będzie już w stanie za wiele zdziałać.

Słowenii będzie ciężko

Tak jak w ćwierćfinale mieliśmy do czynienia z wielkim rewanżem Brazylijczyków na Argentyńczykach za mecz o brąz igrzysk, tak w półfinale Słoweńcy będą mieli okazję do odegrania się za przegrany w tie-breaku zeszłoroczny finał mistrzostw Europy z Włochami. Wydaje się jednak, że może być im niezwykle ciężko, bo młoda włoska ekipa okrzepła, nabrała doświadczenia, natomiast w szeregach słoweńskich brakuje wymiany pokoleniowej. Nie będzie sprzyjała im już własna hala, warunki dla obu ekip pod tym względem będą takie same. Gdyby ktoś powiedział przed spotkaniem z Ukrainą, że atakujący Stern zdobędzie zaledwie jeden punkt, to wielu ekspertów postawiłoby tym samym na odpadnięcie Słowenii. Obecnie zawodnik ten nie jest gwarantem niczego. Niewiele dają też rozgrywający ekipy Cretu. O ile Ropret wyróżniał się znakomitą postawą na poprzednim czempionacie Europy, tak w tym momencie nie przypomina już zawodnika z topu. Obecnie to Klemen Cebujl jest zawodnikiem, który może dawać nadzieję Słowenii, oraz kibicom siatkówki, że nie znaleźli się w półfinale tylko przez dogodne rozstawienie.

Rozczarowania?

Po ostatniej fazie można obwieścić zmierzch niedawnych gwiazd siatkówki. Niedawno ścigający się o miano najlepszego punktującego najważniejszych turniejów Atanasijevic oraz Zaytsev to już historia. Pierwszy z nich regularnie zawodził i często zostawał ściągany z placu boju. Drugiego w ogóle zabrakło na tym turnieju w szeregach Italii. Na nasze szczęście Bartosz Kurek wciąż utrzymuje wysoki poziom spośród wielkich postaci siatkówki drugiej dekady XXI wieku. 

Słówko o tych, których nie ma już w turnieju – największe rozczarowanie, czyli Serbowie prezentują głównie archaiczną już siatkówkę, opartą na sile i bloku, a w ataku na zasięgu. Brakuje nieprzewidywalności rozgrywającego czy odpowiedniej postawy w obronie, komunikacji i asekuracji zwłaszcza, gdzie standardy siatkówki na najwyższym poziomie poszły pod tym kątem znacznie do przodu. Jeśli do tego dołożymy brak siły rażenia w polu serwisowym, to wychodzi nam prosty przepis na porażkę. 

Jeśli chodzi o Francję, w ćwierćfinale jak i przez większość turnieju zabrakło najwyższej formy lidera, głównej gwiazdy – N’Gapetha. Za długo trzymany na boisku był Brizard, Toniutti wchodził zadaniowo tylko na kilka akcji w secie, a być może jego dystrybucja piłek stałaby się game changerem. W trakcie jego wejść widoczna była ta różnica w jakości dograń i w koncepcji. Amerykanie zaś gdyby trafili na jakiegokolwiek innego rywala niż Polacy, prawdopodobnie graliby nadal w turnieju. Tu były widoczne ograniczenia kontuzjowanego Christensona, który nie mógł stosować swojej optymalnej zagrywki. Ostatecznie jednak przegrali gorsi – dla nas szczęśliwie – gdyż nie spotkamy już na swojej drodze w tych mistrzostwach silnej drużyny amerykańskiej. 

 

Fot. PZPS.pl

Autor Sławomir Grajper

Udostępnij

Translate »