Masajowie grają w krykieta w imię praw człowieka

Piłką rzuca się podobnie jak dzidą. Trzymanie kija z kolei przypomina trzymanie tarczy. A mecz z powodzeniem może zastąpić polowanie na lwy. Dla Masajów z kenijskiego hrabstwa Lakipia, gra w krykieta wykracza daleko poza sportową rywalizację. Drużyna Maasai Cricket Warriors, jak wskazuje ich nazwa, to wojownicy – z bronią w ręku chronią swoje rodziny przed dzikimi zwierzętami, a z piłką i kijem – walczą o ich ludzkie prawa, m.in. wychodząc naprzeciw obrzezaniu kobiet czy zawieraniu małżeństw z dziećmi.

W okolicach 2007 roku, południowoafrykańska badaczka Aliya Bauer trafiła do Kenii celem obserwacji pawianów. Poza zamiłowaniem do dzikiej natury, Bauer jest fanatyczką krykieta, o czym świadczą jej uprawnienia do sędziowania i trenowania tej dyscypliny. Jak sama o sobie pisze, w krykiecie widzi przede wszystkim wartościową platformę do polemiki z problemami natury społecznej.

To właśnie ona po raz pierwszy wręczyła Masajom sprzęt do gry, podejmując przy tym – pozornie naiwną – próbę ingerencji w kluczowy element ich tradycji, polowanie na lwy. To dla nich pokaz męstwa i rytuał, zmieniający chłopców w mężczyzn.

Tu warto zaznaczyć, że jej praca nie była żmudna i mozolna – Masajowie nie tylko szybko pokochali sport, ale i wraz z nim zapośredniczyli niesioną przez Bauer ideę. Tak powstał klub Maasai Cricket Warriors, czyli jedyna na świecie drużyna krykietowa złożona wyłącznie z Masajów.

Sportowcy w sandałach z opon

Ich pierwszym przetarciem, a zarazem pierwszą platformą, na którą wnieśli swoją ideę, były półamatorskie mistrzostwa Last Man Stands w RPA w 2012 roku. Wówczas drużyna MCW weszła na boisko w swoim tradycyjnym ubiorze – Czerwona Shúkà, czyli płótno owijane wokół ciała, drewniane bransolety, sandały (wytwarzane ze zużytych opon) i liczne zdobienia. Oprócz tego założyli ochraniacze i rękawice.

Dla członków drużyny to był pierwszy wyjazd z rodzimego kraju – po powrocie dzielili się wrażeniami z całą wioską. Na samym turnieju przegrali wszystkie mecze, nie mając szans z drużynami trenującymi znacznie dłużej i częściej od nich. W dokumencie „Faces of Africa” kanału CGTN, zawodnicy przyznają, że potraktowali tę porażkę jako mocny zastrzyk motywacji.

Od tego momentu zaczęli trenować trzy razy w tygodniu, często pod okiem trenerów z zagranicznych fundacji. Ze względu na brak dedykowanego boiska, grali na gołej ziemi, wykorzystując swoje niewielkie zaplecze sprzętowe.

Tam, gdzie są braki w infrastrukturze, nadrabia biologia. Masajowie mają nadzwyczajne warunki fizyczne, w tym ponadprzeciętny wzrost i siłę, szczególnie rzutu. Poza tym, liczne badania wykazują, że ich uboga dieta (oparta głównie na mięsie, mleku i krwi) nie tylko nie pogarsza ich zdrowia i jakości życia, lecz – z trudno wytłumaczalnych powodów – daje im przewagę.

„Oko opuszczające wioskę widzi dalej”

Zaczęli podróżować daleko poza granice Kenii, gdzie nie tylko reprezentowali swoją społeczność na boisku do krykieta, ale też obserwowali świat, o którym nawet nie słyszeli. Raz po raz wracali do domów zainspirowani obcymi normami, przez co sami zapragnęli nowego porządku.

„Odkrycie siły sportu, w tym przypadku krykieta, i połączenie go z podróżami i zbieraniem pomysłów, które możemy wdrożyć u siebie, prawdziwie otworzyło nam oczy. Zobaczyliśmy na własne oczy świat, w którym kobiety cieszą się takimi samymi prawami co mężczyźni i pojęliśmy, że obrzezanie nie jest tak istotnym elementem w życiu dziewczynek” – piszą masajscy krykieciści na swojej stronie, maasaicricket.org.

I tą drogą stali się wojownikami o równość i sprawiedliwość, przy jednoczesnym porzuceniu archaicznych obrzędów i zwyczajów. Mówią głośno o tragedii afrykańskich dziewcząt, które mierzą się z barbarzyńskim obrzędem obrzezania, jednocześnie chroniąc wymierające gatunki nosorożców.

Ich działalność niestety spotyka się z dezaprobatą masajskiej starszyzny, która stoi na straży tradycji. Nadzwyczaj liberalną siłę krykieta postrzegają nie jako szansę, lecz zagrożenie dla ich kultury, która – pozbawiona praktykowanych od pokoleń obrzędów – miałaby umrzeć.

Nie wnikając więc w kulturową integralność i towarzyszący jej moralno-etyczny dylemat, trudno nie trzymać kciuki za masajski krykiet. Kenijczycy mają krótką, acz chwalebną historię w tej dyscyplinie, opartą na wspomnieniu mistrzostw świata z 2003 roku, kiedy to dotarli do półfinału. Wydaje się jednak, że choć na najwyższym szczeblu krykiet zaliczył od wtedy kolosalny regres, u korzeni święci największe sukcesy.

Rafał Hydzik

Udostępnij

Translate »