wstecz

Przeklęty Karabach

Przed nami emocje związane z udziałem polskich drużyn w europejskich pucharach. Złośliwi mówią: śpieszmy się oglądać polskie kluby w pucharach, bo szybko odpadają. Tym razem los dla walczącego o przepustkę do fazy grypowej Ligi Mistrzów mistrza Polski był wyjątkowo niełaskawy. Na drodze Lecha Poznań stanął Karabach Agdam, mistrz Azerbejdżanu, pogromca polskich klubów i regularny uczestnik faz grupowych europejskich pucharów.

Do czego to doszło, żeby polskie kluby obawiały się rywalizacji z Azerami? Dla niedzielnego kibica piłka w Azerbejdżanie kojarzy się ze zwycięstwami reprezentacji Polski 8:0 (eliminacje do MŚ w Niemczech, marzec 2005 roku) czy 5:0 (eliminacje do Euro 2008, marzec 2007), ale to już odległa przeszłość. Wprawdzie od tamtej pory nasza kadra poczyniła znaczny postęp i zyskała gwiazdę światowego formatu, jaką jest Robert Lewandowski oraz kilku zawodników o ugruntowanej w Europie marce (Piotr Zieliński, Grzegorz Krychowiak czy Wojciech Szczęsny, choć bramkarzy to i wtedy mieliśmy mocnych). O azerskiej kadrze tego powiedzieć nie można.

Jeśli chodzi o piłkę klubową, to jest już znacznie, ale to znacznie gorzej. Jest wprost odwrotnie — to my jako ekstraklasa się zatrzymaliśmy, a wręcz cofnęliśmy w rozwoju, patrząc na osiągnięcia najlepszych klubów. Faza grupowa jakichkolwiek pucharów w ostatnich ośmiu latach to raz Legia Warszawa w Lidze Mistrzów, trzy razy Legia w Lidze Europy i dwa razy Lech Poznań w Lidze Europy. Dlaczego piszemy o 8, a nie 5 czy 10 latach? Bo Karabach od 8 lat rok w rok gra w fazie grupowej czy to Ligi Mistrzów, czy Ligi Europy, a ostatnio zagrał w fazie grupowej premierowej edycji Ligi Konferencji. Przepaść.

Starzy (nie)dobrzy znajomi

Karabach Agdam to klub, z którym większość kibiców ligowych zdążyła się już zaznajomić przy okazji rywalizacji z polskimi klubami. Niestety nigdy nie są to wspomnienia miłe, ponieważ pierwszy raz na Karabach polski zespół natrafił w 2010 roku. Wisła Kraków była wówczas zdecydowanym faworytem, ale już przy Reymonta przekonała się, że Azerów lekceważyć nie wolno. Goście wygrali w Krakowie 1:0, ale Wisła, mimo iż kończyła mecz w dziesiątkę po czerwonej kartce dla jednego z obrońców, mogła i powinna tamto spotkanie wygrać. Maciej Żurawski nie wykorzystał rzutu karnego, a jego koledzy przy stanie 0:1 zmarnowali dwie sytuacje sam na sam z bramkarzem. Był wstyd, ale i nadzieja, że na wyjeździe uda się straty odrobić.

Nadzieja została jednak brutalnie zdeptana, bo Karabach na swoim stadionie rozstrzygnął sprawy awansu w 7 minut. Azerowie między 28 a 35 minutą zdobyli trzy gole i choć po przerwie do siatki trafili jeszcze Rafał Boguski i Paweł Brożek, to były to bramki pocieszenia, na otarcie łez po odpadnięciu z mistrzem Azerbejdżanu. Ależ to był wtedy szeroko komentowany fikołek „Białej Gwiazdy”.

Zupełnie inaczej było trzy lata później, kiedy na Krabach w eliminacjach Ligi Europy trafił debiutujący na arenie europejskiej Piast Gliwice. Wtedy to Azerowie uchodzili za zespół lepszy, sam klub mógł pochwalić się wyższym budżetem i przede wszystkim doświadczeniem w Europie. Nie było więc mowy o lekceważeniu, a pierwsze spotkanie zakończyło się wyjazdową porażką 1:2.

W Gliwicach prowadzony wówczas przez Marcina Brosza Piast był bardzo bliski sprawienia niespodzianki i odrobienia strat, bo po 90 minutach było 2:1 dla gospodarzy. W tym spotkaniu było wszystko, włącznie z pięknym golem strzelonym przewrotką przez Marcina Robaka. Zaczęło się fatalnie, bo to Karabach prowadził 1:0, ale gliwiczanie jeszcze przed przerwą zdobyli dwie bramki. Po zmianie stron także to polski zespół był bliżej dołożenia trzeciego trafienia, ale strzał Mateusza Matrasa zatrzymał się na poprzeczce. Sędzia zarządził dogrywkę, a w niej decydujący cios zadał reprezentant Kongo Ulrich Kapolongo.

Ostatni raz polski klub mierzył się z Karabachem w październiku 2020 roku, czyli niecałe 2 lata temu. Legia Warszawa trenera, a dziś selekcjonera Czesława Michniewicza przegrała przy Łazienkowskiej (puste trybuny ze względu na pandemię COVID-19) 0:3. Tam po prostu nie było czego zbierać, a to, że Azerowie nie prowadzili do przerwy, było zasługą tylko i wyłącznie Artura Boruca.

Pozostał niedosyt, ale na pewno nie wstyd, jak przed dziesięcioma laty na Wiśle, gdy kibice śpiewali: Za gwiazdorów się macie, a z frajerami przegrywacie.

Tamto spotkanie rozgrywane było w ramach IV rundy eliminacji Ligi Europy, do których Legia dostała się eliminując wcześniej klub KF Drita Gnjilane z Kosowa. Lech Poznań na takie przetarcie liczyć nie może i od razu będzie się mierzył z mistrzem Azerbejdżanu.

Zgrana konstrukcja Gurbana Gurbanova

Aż dziw bierze, ale rozmawiając o losowaniu Lecha nawet w środowisku dziennikarskim zapala się lapmka kiedy słyszymy, że trenerem Karabachu jest Gurban Gurbanov. Trudno, by było inaczej, bo prowadzi on ten zespół nieprzerwanie od 2008 roku! To on wyrzucał Wisłę, Piasta i ostatnio Legię z pucharów. Przez pewien czas łączył tę pracę z rolą selekcjonera reprezentacji Azerbejdżanu, więc dla niego rywalizacja na arenie międzynarodowej to całkowita normalność, zero presji. Gurbanov w ostatnim roku stworzył zespół, który ligę wygrał w cuglach (jedna porażka w 28 spotkaniach), a o jego sile stanowi nie jeden, a przynajmniej trzech zawodników, którzy wciąż mają ważne kontrakty. To naturalizowany Filip Ozobić (większość życia posługiwał się chorwackim paszportem, grał w tamtejszych młodzieżówkach, a nawet w dwóch spotkaniach pierwszej reprezentacji Chorwacji, a dziś reprezentuje Azerbejdżan), który mocno dał się we znaki już piłkarzom Legii, były młodzieżowy reprezentant Senegalu Ibrahima Wadji oraz urodzony w Kurytybie Brazylijczyk o swojsko brzmiącym nazwisku: Kady Iuri Borges Malinowski, znany po prostu jako Kady (12 goli i 13 asyst w poprzednim sezonie).

Karabach Agdam formalnie i historycznie wywodzi się z Górskiego Karabachu, który od lat jest jednak przedmiotem konfliktu zbrojnego pomiędzy Azerami i Ormianami. Na miasto wciąż spadają bomby, wybuchają miny oraz inne materiały wybuchowe, dlatego de facto Karabach stacjonuje i gra w Baku, stolicy i największym, a także najbardziej rozwiniętym mieście w Azerbejdżanie. To właśnie tam poznaniacy rozegrają rewanżowe spotkanie I rundy eliminacji Ligi Mistrzów, w blisko 40-stopniowym upale. Takie temperatury panują obecnie w tamtym rejonie świata, gdyż trudno mówić tu o Europie. Geograficznie to już Azja.

Problem z daleką podróżą i aklimatyzacją dotyczyć będzie tylko lechitów, ponieważ zespół Gurbanova przygotowania do nowego sezonu ma w Austrii. Początkowo mistrzowie Azerbejdżanu mieli przebywać tam do 29 czerwca, ale po wylosowaniu Lecha władze klubu w porozumieniu z trenerem uznały, że lepiej będzie zostać tam do 3 lipca, a potem polecieć prosto do Poznania. Bądźmy szczerzy — nie wróży to najlepiej, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę sytuację Lecha: odejście Jakuba Kamińskiego do Wolfsburga, nowy bramkarz Artur Rudko, który w sparingach — mówiąc delikatnie — nie zachwycił, późny transfer Afonso Sousy i brak możliwości zgłoszenia do I rund el. LM pozyskanego ostatnio Heorhija Citaiszwiliego (względy proceduralne), a przede wszystkim niespodziewane i nagłe odejście Macieja Skorży, którego zastąpił John van den Brom. Dla Holendra wszystko w Poznaniu jest nowe i choć akurat doświadczenie w europejskich pucharach ma niebagatelne, to na tę chwilę jest zdecydowanie więcej pytań niż odpowiedzi jeśli chodzi o jego zespół. To Karabach uchodzi w tym momencie za mocniejszą i stabilniejszą kadrowo oraz organizacyjnie drużynę.

FOT. Wikimedia Commons

Piotr Janas
Piłka nożna

Udostępnij

Translate »