wstecz

Trwa odbudowa polskiego szczypiorniaka

Polscy piłkarze ręczni przegrali we wtorek z Niemcami 23:30, ale już wcześniej zapewnili sobie awans do II rundy mistrzostw Europy. Czy znów stajemy się liczącą na Starym Kontynencie siłą?

Czasy Sławomira Szmala, Grzegorza Tkaczyka, bracki Lijewskich i Jurasików już dawno odeszły w zapomnienie. Część srebrnej drużyny trenera Bogdana Wenty – dziś prezydenta Kielc – dalej jest w tym sporcie w roli trenerów, pozostali spełniają się w innych rolach lub w biznesie. Kibice i oni sami z pewnością chcieliby powrotu tamtych czasów dla polskiego szczypiorniaka, ale ostatnie lata to pasma porażek.

Co się stało, że się ze… psuło?

Boom na piłkę ręczną w Polsce sprawił, że nawet mecze ligowe PGNiG Superligi zaczęły wzbudzać większe niż dotąd zainteresowanie. Nakręcił to sukces reprezentacji oraz budowa potęgi Vive Kielce. Do Polski zaczęły wracać największe gwiazdy kadry, które do tej pory grały głównie w uznawanej za najlepszą ligę świata niemieckiej Bundeslidze. W mniejszym stopniu nasi piłkarze ręczni wyjeżdżali do Hiszpanii, Francji czy na Węgry.

Vive stało się tak mocnym graczem, że zaczęło bić najlepsze kluby Europy w Lidze Mistrzów, przynosząc polskim kibicom kolejne powody do zadowolenia. Problem polegał na tym, że kielecki gigant na co dzień miał tylko jednego poważnego rywala w lidze, czyli Orlen Wisłę Płock, która jako jedyna starała się dotrzymywać kielczanom kroku. „Nafciarze” nie byli jednak w stanie ściągać tak drogich i przede wszystkim aż tylu gwiazd, co napędzany pieniędzmi „króla lumpeksu” Bertusa Servaasa klub z Kielc.

W efekcie najzdolniejsi adepci tej dyscypliny w Polsce już nie musieli wyjeżdżać za granicę, by rozwijać się u boku światowych gwiazd piłki ręcznej i pod okiem najlepszych trenerów. Nie musieli też martwić się finansami, bo zarówno Vive jak i Wisła płacą bardzo dobrze w skali całej Europy. Może nie najlepiej, ale zdecydowanie są to godne pieniądze i przede wszystkim nie trzeba ruszać się z kraju.

– Właśnie to rozleniwiło nasze talenty. Nie chcę być źle zrozumianym, bo to są bardzo fajne i ambitne chłopaki. Nie brakuje im zapału i chęci do pracy, ale fakty są takie, że na treningu mieli większą rywalizację, grając 6 na 6, niż podczas meczów ligowych. To nie pomaga w rozwoju – diagnozował trener Krzysztof Przybylski.

Problem zauważa też Krzysztof Lijewski, wieloletni rozgrywający naszej kadry w czasach jej świetności.
– Przespane zostało 10 lat, w których był sukces reprezentacji i boom na piłkę ręczną. To był moment, żeby zabrać się do ciężkiej pracy: propagować dyscyplinę wśród dzieci i młodzieży, powiększać grono ludzi czynnie uprawiających handball, a zamiast tego skupiono się niestety na konsumpcji sukcesu i radości życia. Jestem zwolennikiem tego, by najbardziej wyróżniający się w Polsce zawodnicy wyjeżdżali do Niemiec czy Francji i tam zdobywali doświadczenie. Na swoim przykładzie powiem, że dopiero w Niemczech nauczyłem się grać i zrozumiałem, jak należy pracować. Teraz brakuje nam ludzi z takim doświadczeniem – mówił w wywiadzie udzielonym protalowi sport.tvp.pl.

Proces odbudowy

Zapaść w piłce ręcznej zaczęła się po igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro (2016 rok). Wówczas nagle – w tym samym momencie – z gry w kadrze zrezygnowali najlepsi i najbardziej doświadczeni zawodnicy. Większość z nich od dawna nosiła się z tym zamiarem, inni podjęli ją dość niespodziewanie. Męską kadrę było trzeba w zasadzie zacząć budować na nowo, od podstaw, w oparciu o młodych zawodników, którzy jednak już nie byli szlifowani na zachodzie, a u nas, w PGNiG Superlidze.

Obecnie trend jest odwrócony – reprezentacja nie jest uzupełniania najlepszymi Polakami grającymi w kraju, którzy i tak nie mieli większych szans w rywalizacji z tymi grającymi za granicą, tylko opiera się na nich, a uzupełnieniem – choć znacznie bardziej wartościowym – są stranieri.

U schyłku kadry budowanej na sukcesach trenera Bogdana Wenty poważny zagraniczny transfer dokonał się tylko jeden. Kamil Syprzak zamienił Wisłę Płock na FC Barcelona, a w 2019 roku przeniósł się do Paris Saint-Germain. Dziś w silnych europejskich ligach i klubach grają jeszcze Maciej Gębala (SC DHfK Lipsk), doświadczony Piotr Chrapkowski (SC Magdeburg), Jan Czuwara i Patryk Walczak (obaj Vardar Skopje). Na siłę można też doliczyć Ariela Pietrasika z TSV Otmar St. Gallen, ale tu już możemy polemizować, czy liga szwajcarska to odpowiednio wysoki poziom.

– Po ostatnich występach naszych reprezentacji na mistrzostwach świata w Egipcie i Hiszpanii oraz po wielu rozegranych meczach towarzyskich jesteśmy nastawieni optymistycznie. Całość obrazu pokazuje progres, więc uznajemy, iż proces odbudowy idzie w dobrym kierunku – mówi tygodnikowi „Wprost” Damian Drobik, dyrektor sportowy ZPRP.

Dobrym prognostykiem przed trwającym na Słowacji i Węgrzech turnieju był też występ naszej reprezentacji na turniejach towarzyskich w Gdańsku i Hiszpanii. W tym drugim Biało-Czerwoni przegrali z gospodarzami – wciąż aktualnymi mistrzami Europy – jedną bramką, marnując w końcówce dwie bardzo dobre okazje na doprowadzenie do remisu.

Cel? Budowa drużyny na MŚ u siebie

Selekcjoner Patryk Rombel oraz wszyscy z ZPRP przed turniejem byli bardzo ostrożni, odpowiadając na pytania o cele na ten turniej. Wszyscy zgodnie przyznawali jednak, że najważniejsze jest zbudowanie drużyny, która będzie w stanie namieszać podczas przyszłorocznych mistrzostw świata, których organizatorem będzie Polska i Szwecja.

– Kadra Bogdana Wenty, zanim zaczęła wygrywać, również spędziła kilka lat ze sobą i wiele meczów nie wyglądało tak, jak późniejsze sukcesy. Nasz zespół dzisiaj progresuje. Mamy utalentowaną młodzież, która się rozwija. Przyczyniła się do tego wprowadzona przez związek zmiana w przepisach, mówiąca o tym, że każdy klub PGNiG Superligi musi mieć na parkiecie dwóch polskich zawodników w każdym meczu, podczas całego czasu gry. To przynosi wymierne efekty i jeśli połączymy je z doświadczonymi zawodnikami, możemy wkrótce mieć bardzo fajny zespół – mówił „Wprostowi” Drobik.

Dzisiaj cieszymy się dobrym występem szczypiornistów na ME, nawet mimo porażki z Niemcami w wyjątkowych okolicznościach (dziwna pora niezapowiedzianych testów na COVID-19, problemy kadrowe, szycie w obronie itd.).

 

Biało-Czerwoni mają realną szansę zakręcić się w okolicach ćwierćfinału, co byłoby bardzo dobrym osiągnięciem. Na powtórzenie sukcesów ery Bogdana Wenty przyjdzie nam pewnie jeszcze trochę zaczekać, ale coś drgnęło i w końcu idzie ku lepszemu.

FOT. twitter.com/handballpolska

autor-janas

Udostępnij

Translate »