wstecz

W Anglii sobie (nie)poradzili?

Brytyjski rząd ponownie bierze się za stadionowych chuliganów. Kraj, który traktowany był jako ojczyzna pseudokibiców, a następnie wzór do zwalczania tego typu środowisk nie chowa głowy w piasek. W ostatnich latach chuligańskie wybryki ludzi uważających się za fanów przybrały na sile. Co tym razem zamierzają z tym zrobić na Wyspach Brytyjskich?

„Na zachodzie sobie poradzili” – to hasło powtarzane jest jak mantra przez opinię publiczną, a zwłaszcza media ogólnoinformacyjne, niezajmujące się stricte sportem, kiedy tylko na polskich stadionach znów dochodzi o łamania prawa. Bądźmy szczerzy — bójki na stadionach ekstraklasy czy nawet niższych lig są dziś ekstremalnie rzadkim zjawiskiem. Jeśli już, to odpalana jest pirotechnika, albo wyzywani są piłkarze, służby mundurowe itd. Często wychwalani są zbrodniarze i bandyci na oprawach, ale o jako takich wydarzeniach zagrażających życiu i zdrowiu uczestników słyszymy coraz rzadziej.

Nie zmienia to faktu, że odwoływanie się do mitycznego zachodu i tego jak tam wspaniale sobie z tym problemem poradzono, to popis niewiedzy i nierzetelności dziennikarskiej. Kilka miesięcy temu pisaliśmy na „The Sport” o wybrykach pseudokibiców we Francji (Olympique Marsylia czy AS Saint-Étienne), a teraz znów głośno jest o Anglikach. Czasy Margaret Thatcher, która zrobiła porządek na trybunach, odeszły w zapomnienie.

Żelazna Dama

Nie można nie wspomnieć o dokonaniach premier rządu Wielkiej Brytanii w latach 1979–1990, która w środowisku pseudokibicowskim zaczęła uchodzić za wroga publicznego numer 1. Nie miała nic wspólnego z piłką nożną ani żadnym innym sportem. W ogóle się nim nie interesowała, ale nie zamierzała tolerować tego, co działo się na jej podwórku.

Drakońskie kary i przede wszystkim ich nieuchronność szybciutko wprowadziły porządek na arenach Premier League. Same stadiony także się zmieniły, musiały zostać przebudowane w taki sposób, by maksymalizować bezpieczeństwo uczestników imprezy masowej, a nie liczbę miejsc, jak dotychczas.

Wysokie grzywny to jedno, ale bardzo mocną bronią okazały się także wieloletnie zakazy stadionowe, będące dla niejednego kibica o wiele większym koszmarem niż najwyższa nawet kara finansowa. Na Wyspach futbol to religia, a niemożność pójścia na stadion u niektórych wywoływać mogła stany depresyjne. Sęk w tym, że to wszystko miało miejsce ponad 30 lat temu. Przez długi okres był spokój, fani mogli siadać bardzo blisko okalających boisko band reklamowych i nie robili awantur. Dopiero w ostatnich latach coś zaczęło się psuć.

Alkohol, narkotyki, grubsze portfele czy jednak COVID-19?

Brytyjskie media w ostatnich dniach informowały o podjęciu tematu pseudokibiców przez władze Premier League i The Football Asssociation (angielski odpowiednik PZPN-u). Piłkarscy decydenci we współpracy z politykami chcą wypracować nowe rozwiązania, które w zarodku zduszą niepokojące zachowania środowisk kibicowskich. Nie było podczas Euro 2020 bardziej zaśmieconego i dewastowanego przez mieniących się kibicami wandali miasta, niż Londyn. Miejscowi regularnie wdawali się także w bójki z przyjezdnymi, a miejscowa policja miała pełne ręce roboty, mimo zarządzonej wcześniej dodatkowej mobilizacji.

Z kolei w trakcie meczów Premier League coraz częściej jesteśmy świadkami nieuzasadnionych wtargnięć na boisko. Często są to pojedyncze osoby chcące zrobić sobie fotkę z jednym z idoli, przybić piątkę lub coś zamanifestować. Z tego nikt by tragedii nie robił — co nie znaczny, że nie trzeba nic z tym robić — ale coraz częściej mamy do czynienia z atakiem całego sektora. Wystarczy przypomnieć tę scenę z poprzedniego sezonu:

  

Albo tę, gdzie trener Crystal Palace i jedna z legend Premier League Patrick Viera musiał sam zadbać o swoje bezpieczeństwo i zmierzyć się z pseudokibicem:

  

Brytyjskie dzienniki, szukając przyczyn nasilenia się tego typu zachowań, snują przeróżne wnioski. Bulwarówki typu „The Sun” powołują się m.in. na rekordowy wzrost uzależnień od alkoholu i narkotyków, w tym w szczególności ilości zażywanej przez społeczeństwo kokainy. To bardzo kontrowersyjna teza, ale nie można z góry założyć, że nie ma w niej odrobiny prawdy. Inni twierdzą, że kary finansowe, które jeszcze kilkanaście lat temu uważane były za drakońskie i najsurowsze w Europie, przestały robić wystarczająco duże wrażenie na bogacącym się społeczeństwie i poszerzającej się klasie średniej. Wszak kibice — także ci najbardziej krewcy i zagorzali — to nie tylko robotnicy zarabiający najniższą krajową.

Jeszcze inny powód podają uczeni. Poproszone o opinię środowisko naukowe (skupiające profesorów z kilku topowych uczelni wyższych) twierdzi, że wpływ na takie zachowania mogła mieć pandemia COVID-19. Przyczyniła się nie tylko do wzrostu agresji — zwłaszcza wobec służb mundurowych — ale też przytaczanego przez gazety wzrostu uzależnień i szeroko rozumianej przestępczości. Ludzie, a w szczególności kibice, nie lubią, jak czegoś się im zabrania. Na rozwiązania siłowe (np. pacyfikowanie protestów w czasie pandemii) często odpowiadają tym samym. Zdaniem uczonych widać to także po większej liczbie incydentów związanych z użyciem siły na zwykle pokojowych dotąd protestach dotyczących praw kobiet czy ochrony środowiska.

Dożywotnie zakazy i jeszcze wyższe kary

Pytając o planowane zmiany, które mogą zostać wcielone w życie jeszcze przed rozpoczęciem sezonu 2022/23 na Wyspach Brytyjskich, angielscy dziennikarze słyszą przede wszystkim o zwiększeniu kar finansowych i dłuższych, lub nawet dożywotnich zakazach stadionowych za wybryki, z jakimi mieliśmy do czynienia w ostatnich latach.

Dyskusyjny pomysł przeforsować stara się kilku członków Izby Gmin, którzy uważają, że ludzie powiązani ze środowiskiem kibicowskim (posiadający karty kibica danych klubów, lub regularnie uczęszczający na mecze, co można sprawdzić w bazie FA), powinni dostawać zakazy stadionowe nie tylko za wybryki na stadionie i jego okolicach, ale za jakiekolwiek inne przypadki łamania prawa. Jeśli np. kibic Chelsea zostanie skazany za kradzież na stacji benzynowej, to do wyroku dołożony ma być także zakaz stadionowy. To co najmniej niecodzienne rozwiązanie, ale po Brexicie Wielka Brytania nie jest już uzależniona od prawa unijnego i może prostą ustawą umożliwić takie działania.

To, co zmieni się na pewno, to wysokość kar pieniężnych. Jeśli one nie przyniosą oczekiwanej poprawy, to rząd w porozumieniu z organami piłkarskimi pójdzie dalej. Czy w ślad za Brytyjczykami pójdą mający nie mniejsze, a może nawet większe problemy Francuzi? Historycznie trudno jest im przyznawać wyspiarzom rację i korzystać 1 do 1 z ich rozwiązań, ale sytuacja nad Sekwaną staje się coraz poważniejsza i niczego nie można wykluczyć.

FOT. Unsplash

Piotr Janas
Piłka nożna

Udostępnij

Translate »