Amerykanie przeszli sami siebie – Griner „Arizonką Roku”

W lipcu 2012 roku Amerykanin Scott Damerow zapozował do zdjęcia z dyplomem, na którym – pod logo Rekordów Guinnessa – widniał zapis jego imponującego wyczynu, czyli rozbicia 142 jajek głową w ciągu minuty. Czy to najbardziej kretyńska nagroda w historii? Miesiąc temu można było powiedzieć, że pewnie tak, natomiast w międzyczasie redakcja „Arizona Republic” zrobiła co tylko w ich mocy, by to sobie przypisać ten zacny tytuł. Arizonką Roku 2022 wybrali bowiem Brittney Griner, uciśnioną męczennicę, posadzoną za, a jakże, niewinność.

Tym, którzy nie są z nią zaznajomieni z historią koszykarki, z czystym sumieniem polecamy nadrobić (choćby o tutaj). W dużym skrócie – chwilę przed najazdem Rosji na Ukrainę, Griner została zatrzymana na moskiewskim lotnisku pod zarzutem posiadania marihuany. A precyzyjniej – wkładów do waporyzatora, zawierających olejek haszyszowy. To jednak zupełnie nieistotne, bo choćby i miała w kieszeni główkę gumisia z zawartością THC – jest to w Rosji surowo zabronione.

Od tamtego momentu rozgrywała się bezprecedensowa debata moralno-etyczna w sportowym środowisku. Z jednej strony bowiem polityczna maskarada Rosjan, którzy pod płaszczykiem uczciwego procesu wrzucili Griner do jednego ze swoich najgorszych więzień z 9-letnim wyrokiem. Z drugiej zaś wygibasy amerykańskiego rządu, który – mając we własnych aktach skazanych za posiadanie – usiłował usprawiedliwić akcję ratunkową celebrytki, która, mówiąc wprost, w idiotyczny sposób złamała prawo.

A tym, że skończyło się na wymianie za jakże potulnie brzmiącego „Handlarza Śmierci”, czyli odpowiedzialnego za śmierć bagatela tysięcy ludzi Wiktora Buta, Amerykanie z całą pewnością sobie nie pomogli. Całą tę sprawę, oprócz materiału do fascynującej socjologicznej obserwacji, cechuje niesmak tak wyraźny, że nawet amerykańska kuchnia się chowa.

I wtedy, cali na biało, pojawiają się dziennikarze „Arizona Republic”, wręczając Griner tytuł „Arizonki Roku”. Warto jednak poznać kryteria ich wyboru:

„W Arizonie nikt inny w 2022 roku nie przykuł uwagi opinii publicznej tak intensywnie, jak ona. Żadna historia z naszego stanu nie wzbudziła też takiego strachu i obaw, jak jej przez prawie 300 ostatnich dni”.

Historia tego wysokogatunkowego lauru sięga początku wieku – jednym z pierwszych odznaczonych jest Pat Tillman, czyli człowiek uniwersalnie uważany w kraju za bohatera. W 2004 roku zawiesił swoją karierę futbolową w zespole Arizona Cardinals, by dołączyć do armii. Nową karierę zakończył równie przedwcześnie, lecz bardziej tragicznie, ginąc na afganistańskim froncie.

Pomiędzy 2004 a dzisiejszą celebracją przemytu zioła, mieliśmy jeszcze chlubny dla stanu Arizona rok 2006, kiedy to dziennikarze „Arizona Republic” stracili szansę, by uhonorować działalność Marka Goudeau, seryjnego mordercy z krwią 9 osób na koncie.

Odkładając jednak na bok uszczypliwości względem wątpliwej moralności stanu Arizona, chcielibyśmy poruszyć jeszcze jeden, być może najważniejszy kontekst tej farsy. Historia Griner, naznaczona ciężarem bezwzględnej ręki „sprawiedliwości”, to coś, co ze społeczeństwem rezonuje na głębokiej, nieuświadomionej częstotliwości.

Ludzie łykali tę historię całymi haustami, pod płaszczykiem współczucia czując puls dziwnej ulgi. Niejeden Amerykanin odwiedza w więzieniu bliskiego, skazanego za posiadanie. Niejeden na własne oczy obserwował „niezawisłość” nierzadko zupełnie nieobiektywnej władzy. Niejednego przeszywa niepokój nawet przy paleniu zupełnie legalnych kannabinoidów. Griner mimowolnie stała się symbolem zgubionej gdzieś sprawiedliwości.

Gdy jednak, wysiłkiem Białego Domu, została wyciągnięta z niewoli (kosztem choćby Paula Whelana, byłego żołnierza, który od czterech lat jest przetrzymywany w rosyjskim więzieniu za szpiegostwo, do którego się nie przyznaje) – to wszystko poszło na marne. Jak nigdy wcześniej zaznaczono prym równiejszych nad równymi.

Z trudem wyobrażamy sobie, jak dumni muszą być mieszkańcy Arizony. Naprawdę – z dużym trudem.

Rafał Hydzik

Udostępnij

Translate »