wstecz

Baraż Rosja – Polska (nie)zagrożony?

Inwazja wojsk rosyjskich na Ukrainę rodzi miliony pytań. Jednym z nich, choć z pewnością nie najistotniejszym, jest kwestia rozegrania meczu barażowego pomiędzy Rosją a Polską, zaplanowanym na 24 marca w Moskwie. Czy nasza reprezentacja ot, tak powinna wziąć w nim udział? Historia uczy nas, że na stanowczą reakcję ze strony UEFA czy FIFA nie ma co liczyć.

Cały świat, a w szczególności kraje Europy środkowo-wschodniej, od długich tygodni zastanawiał się, czy Władimir Putin przekroczy kolejną granicę i zaatakuje niepodległe państwo, bezpośrednio graniczące z Polską. Stało się, pewnych kroków i decyzji już cofnąć się nie da, a na horyzoncie bardzo ważny dla Polaków i Rosjan mecz, który zadecyduje o tym, która reprezentacja zagra w finale baraży o mundial w Katarze. Rodzi się pytanie, czy można nie bacząc na agresję wobec Ukrainy, lecieć do Rosji i jakby nigdy nic zagrać w piłkę?

Polski Związek Piłki Nożnej początkowo milczał, wiedząc, jak czuła na tle politycznym jest europejska (UEFA) i światowa (FIFA) centrala piłkarska. W końcu postanowił jednak podjąć jakieś kroki i wystosował pismo do FIFA o pilne wyjaśnienie kwestii związanych z organizacją meczu z Rosją w Moskwie.

 

W przytoczonym oświadczeniu czytamy, że rolą PZPN jest zapewnienie polskim piłkarzom optymalnych warunków do przygotowań i występów w meczach międzypaństwowych. Decyzje o charakterze politycznym, np. w zakresie nałożenia ewentualnych sankcji na Federację Rosyjską, pozostają natomiast w gestii władz państwowych i organów międzynarodowych.

Kwestie bezpieczeństwa są tutaj najmniej istotne, choć to je wyciągnął na piedestał były prezes PZPN Zbigniew Boniek:

 

Wpis Bońka spotkał się z ostrą krytyką, wszak nie chodzi o to, czy Robert Lewandowski i spółka będą mogli czuć się bezpiecznie, tylko czy powinni jako reprezentanci kraju, papierek lakmusowy najpopularniejszej dyscypliny sportowej w Polsce, lecieć do Moskwy i zagrać jakby nigdy nic. Pokazać w pewien sposób, że nic się nie dzieje.

Zły przykład idzie z góry

Jaką decyzję mogą podjąć FIFA i UEFA? W teorii każdą – od wykluczenia Rosjan ze swoich struktur, lub przynajmniej z najbliższego mundialu – jak miało to miejsce z Jugosławią w 1992 roku, po wybuchu wojny na Bałkanach – przez przeniesie meczu na teren neutralny, aż po przyznanie Biało-Czerwonym wygranej walkowerem. Czy którykolwiek z tych scenariuszy może wejść w życie? Historia uczy nas, że szanse są bliskie zeru.

Rosja nie pierwszy raz w ostatnich latach ingeruje w granice Ukrainy. W 2014 roku ogłosiła aneksję Krymu i rozwikłała konflikt zbrojny w Donbasie, co także spotkało się z oburzeniem ze strony świata zachodniego. Wtedy także pojawiły się żądania dotyczące sportu, a konkretnie piłki nożnej, bo przecież Rosjanie mieli za cztery lata zorganizować mundial. Skończyło się na tym, że nikt mistrzostw Rosji nie odebrał, a reprezentacja „Sbornej” kilka dni po aneksji Krymu zagrała z Armenią w Krasnodarze.

Po wybuchu wojny w Donbasie Rosjanie bez najmniejszych problemów rozegrali przed własną publicznością (w Moskwie i Petersburgu) ostatnie dwa mecze towarzyskie przed wylotem na piłkarskie mistrzostwa świata do Brazylii. Tak naprawdę jedynym czynnikiem branym pod uwagę przy ewentualnej zmianie lokalizacji meczu, jest stan bezpieczeństwa. Żadne oceny polityczne nie wchodzą w grę. UEFA i FIFA z założenia nie podejmują się oceny, czy jakiś kraj jest agresorem. Chodzi o uniknięcie precedensu i odwoływania meczów w zapalnych regionach.

Rosyjski pieniądz nie śmierdzi UEFA

Europejska centrala od wielu lat jest bardzo blisko związana z jednym z dwóch głównych sponsorów piłkarskiej Ligi Mistrzów, jakim jest rosyjski Gazprom. Największy na świecie wydobywca gazu ziemnego jest też właścicielem i głównym sponsorem Zenita Sankt Petersburg, sponsorem niemieckiego Schalke 04, a także partnerem angielskiej Chelsea. Łożył pieniądze na organizację mundialu w Rosji.
UEFA – m.in. w ramach wdzięczności i dla zacieśniania więzów ze światowym potentatem na rynku gazowniczym – przyznała Sankt Petersburgowi organizację finału Ligi Mistrzów w tym roku. Zaczynają pojawiać się plotki, że UEFA pogroziła palcem Rosji i rozważa przeniesienie finału do innego miasta, np. do Londynu.

 

Szybko okazało się jednak, że to tzw. przeciek kontrolowany. Śledztwo przeprowadzone przez dziennikarzy brytyjskiego dziennika „The Guardian” wykazało, że ponoć faktycznie kilka osób z UEFA po cichu przekazało takie informacje zaufanym dziennikarzom i ludziom, którzy mieli z tym pójść do mediów, tylko po to by te o tym mówiły. W ten sposób pozornie grożą Putinowi palcem, ale jeśli przyjdzie co do czego, to nikt się nawet nie zająknie, bo w rzeczywistości europejska federacja nawet nie rozważa zabrania finału Champions League swojemu największemu darczyńcy.

Warto pamiętać, że główna siedziba Gazpromu mieści się właśnie w Sankt Petersburgu. Nie brakuje głosów, że decyzja o przyznaniu właśnie temu miasta finału LM nie jest przypadkowa, bo umowa sponsorska między Gazpromem na UEFA wygasa za dwa lata. Ta impreza ma pomóc zacieśnić relacje biznesowe, a zabranie jej miałoby skutek dokładnie odwrotny. Wnioski każdy może wyciągnąć sam.

Reasumując: FIFA i UEFA nie zamierzają narażać się Rosji przez wzgląd na pieniądze z Gazpromu. Odwołanie barażu Rosja – Polska nie wchodzi w grę, a ewentualne przeniesienie go na neutralny grunt – o czym mówi m.in. polski minister sportu Kamil Bortniczuk w rozmowie z Polskim Radiem 24 – stałoby się możliwe tylko wtedy, kiedy na Moskwę zaczęłyby spadać bomby. Trener Czesław Michniewicz i jego kadrowicze muszą zakasać rękawy, bo odwołanie meczu z Rosją jest na tę chwilę tak prawdopodobne, jak to, że wojska Putnia zaczną nagle bez powodu wycofywać się z terenów Ukrainy.

Fot. Pixabay

Piotr Janas
Piłka nożna

Udostępnij

Translate »